Krótka uliczka w pobliżu jednego z większych skrzyżowań we Wrocławiu, czyli Powstańców Śląskich i Hallera. Odłowiliśmy tam w przeciągu dwóch lat dwanaście kotów. Została jedna przebiegła koteczka, która ignorowała wszelakie konstrukcje klatek: pełne, całe z siatki, z szybą z plexi… Raz jedyny nasza wolontariuszka już witała się z gąską, a właściwie z koteczką, bo miała ją w podbieraku, a ta sprytnie podważyła podbierak i uciekła. Szanse na jej złapanie spadły prawie do zera, kiedy odeszła wspaniała osoba, jaką była Pani Janeczka, karmicielka i jedyna osoba, do której podchodziła kotka.

Mimo to nadal nastawiałyśmy klatkę, aż pewnego dnia Pani Barbara, która dokarmiała kotkę po odejściu Pani Janeczki zgłosiła nam pojawienie się małych, biało-rudych kuleczek, które nieśmiało zerkały z piwnicznego okienka. Niestety, młodzi ludzie, do których należała piwnica po pierwszych naszych odwiedzinach nie chcieli nas już wpuszczać, byśmy mogli odłowić maluszki. Argumentowali, że rozmnażające się koty to prawo natury. Niestety, nie umieli nam odpowiedzieć, czy dalej będą pozwalali mieszkać kotom w piwnicy, gdy będzie ich dwadzieścia. W międzyczasie ze względu na niechęć młodych ludzi i właścicielki mieszkania nastawialiśmy klatkę przy okienku i… złapała się jako pierwsza Jania, nasza kotka spryciula. Została trójka maluchów około dwumiesięcznych.

Sprawa robiła się coraz bardziej nagląca, bo zauważyłyśmy, że wychodzące z okienka maluchy mają problemy z poruszaniem się. Nastawiałyśmy klatkę codziennie przez miesiąc, aż udało się złapać całą trójkę. Oczywiście maluchy codziennie były dobrze karmione, przez co trudniej je było złapać do klatki ze smaczną przynętą. Ostatniego, który ignorował zupełnie klatkę, złapałyśmy na podbierak. Dwie sprawne wolontariuszki biegały po trawniku za niezbornym, zataczającym się kociakiem i miały nie lada problem, by go złapać.

Kotki przeszły wszystkie badania: pełne krwi, w kierunku toksoplazmozy, testy Felv i Fiv. Wszystkie wyniki były poprawne, dopiero po konsultacji neurologicznej oznaczyłyśmy miano przeciwciał w kierunku panleukopenii i okazało się bardzo wysokie. Okazało się, że matka kociąt przechorowała panleukopenię i zaraziła maluchy tą chorobą już w życiu płodowym. To wszystko spowodowało uszkodzenia móżdżka i niezborność ruchową kociaków. Kotki zostały poddane rehabilitacji. Jednocześnie zaczęłyśmy im szukać domów, jednak z niewielką nadzieją, bo któż będzie chciał kociaki, które chodzą jak w „ akademii kroków dziwnych”? Zdarzył się jednak cud. Najpierw Zosiek rudzielec znalazł dom – dokocenie do naszej byłej rezydentki Gabi, a później najbardziej niezborny Dima i jego siostra Binia pojechali do cudownych ludzi, którym nic a nic nie przeszkadzała niesprawność kociaków. I tak to czasem te najmniej rokujące najszybciej znajdują dom.